Dzień 8.

Lubię sobie wyobrażać.
Mógłbym jeździć, palić i pisać.
Taka mała klawiatura tylko by się przydała.
Taka mała, rozkładana w taka dużą, wygodną w pisaniu w każdej pozycji klawiaturę.
Kanchipuram.
Pierwszy dzień poza Chennai (Madras). Pierwszy udany, bo wczoraj też wyjechałem. Do Pulicat. Inaczej PazaverkaTu.  Dotarłem po zmroku i chyba źle to rozegrałem. Małe miasto,  nie ma go w przewodnikach i o to mi przecież chodziło, a pytam o guest house, room, zamiast po prostu odpalić enke tuunka mutiyum (gdzie mogę spać). Miejscowi byli przecież mili, jeden mnie zawiózł do jakiegoś Forest Guest House, o który zresztą sam pytałem, bo zobaczyłem tabliczkę. Okazało się że zamknięty, wiec mi powiedział, żebym lepiej wrócił do Chennai, bo to nie jest dla mnie dobre miejsce. Skąd miał wiedzieć, że wystarczy mi kawałek podłogi, skoro tego nie powiedziałem. A jakiś starszy jegomość coś tam chyba z oddali podpowiadał o szkole. Dotarło  to do mnie później, jak już czekałem na powrót, w pustym autobusie, z czymś do jedzenia – gorącym, zawiniętym w gazetę i folię, bo niechcący chyba sam tak sobie zażyczyłem. Zostałem zdaje się zapytany czy chcę  na miejscu, czy na wynos, a ja zrozumiałem czy chcę to czy tamto i powiedziałem: whatever (wtedy ktoś się nawet zaśmiał). No to mi gość przyrządził i elegancko zapakował. Pyszne było, ale chyba pierwszy raz w Indiach jadłem mięso. I jak już siedziałem w tym autobusie i pałaszowałem {udało mi się nie uświnić [prawa ręka  coraz lepiej sprawuje się w roli łyżkonożowidelca (bardzo lubię złożone konstrukcje z nawiasami)]}, to już nie bardzo chciałem tam wracać. Po pierwsze dziwnie się czuję, kiedy idę i wszyscy  na mnie patrzą, a ja po ich minach nie jestem w stanie rozpoznać czy to źle że idę, czy to dobrze, czy mają to kompletnie gdzieś. A ja byłem  na swój sposób zmęczony i nie  miałem ochoty na to,  żeby się pozytywnie nastroić i jeszcze raz z tym zmierzyć. Po drugie zostałem zaskoczony i nie wiedziałem co o tym myśleć. Oni tam wszyscy, tak, przyjrzałem się, wszyscy (a było ich w knajpie z 10) jedli sztućcami! Pierwszy raz w Indiach coś takiego widziałem. I co ciekawe jak jadłem ręką, to czułem się w jakiś sposób lepszy (?!). W sumie jak mi wytłumaczył towarzysz śniadania w bocznej do kwadratu uliczce przy CNK Road w Chennai, tak  było bardziej higienicznie – nie wkładałem sobie do ust czegoś, co wcześniej wiele innych osób miało w ustach. Teraz mam ochotę zgłębić temat Pulicat. Może tam wrócę za dnia pobyczyć się na plaży i zapolować na ptaki z aparatem. Widziałem  listę gatunków, które tam akurat pomieszkują. Może być fajna zabawa. Ciekawe gdzie mieszkają ornitolodzy którzy chyba muszą się tam czasem pojawić, skoro tam tak rozmaicie. Może nawet ten Forest Guest House wcale nie był zamknięty… w każdym razie wczoraj wróciłem na znajomy Triplikeen (dzielnica Madrasu) i dzięki temu spotkałem człowieka, którego już gdzieś wcześniej spotkałem (nie mogę sobie przypomnieć gdzie) i który w dobrej dla niego cenie wcisnął mi susz, który to z kolei natchnął mnie do pisania. Susz poddany reakcji egzoenergetycznej w kamiennym narzędziu, nabytym przedwczoraj w Mahabalipuram (pewnie w jeszcze lepszej cenie) od podobno miejscowego podobno studenta rzeźbiarstwa, który wcale, ale to wcale nie był płatnym przewodnikiem, od których się tam roiło i tylko przy okazji oprowadził mnie po (408) 330-8074, aby w końcu zgodnie z moim przypuszczeniem zahaczyć po drodze o warsztat, w którym pracował. Czytałem tam fragmenty tamilskiego podręcznika rzeźbiarstwa (a konkretnie podpisy pod obrazkami, żeby nie było) i uznałem, że po tym jak w końcu udało mi się z kimś  fajnie po tamilsku pogadać (on w dużej mierze rozumiał mój tamilski, a ja jego) nie wypada niczego nie kupić, zwłaszcza, że kamienne narzędzie, z wyrzeźbioną w nim Lakszmi, nie powiem, przypadło mi do gustu. Cena wywoławcza 3500 rupii (ponad 200 zł). W ciągu kilku minut udało mi się zbić ją prawie 3-krotnie, a nie zdziwię się jak zobaczę w innym miejscu taką samą fajkę i cena wywoławcza będzie dużo niższa od tej za którą kupiłem.
Dziś Kanchipuram [Małe miasteczko (ok 150 tys. mieszkańców) na południowy zachód od Madrasu]. Znalazłem już pokój, najbrudniejszy, choć największy jak dotąd [oba poprzednie za 400R ten 500R za dobę (ok. 30 zł)], ale też zdążyłem się już odpowiednio estetycznie wyluzować. Pierwszy raz za to zdarzyło mi się za coś nie zapłacić. Poszedłem kupić kilka rzeczy, w tym sznurek. Wychodzę z hotelu, obok sklep z narzędziami. Dogadałem się co do tego czego mi potrzeba i ile, dostaje coś co można spokojnie nazwać sznurkiem (nie żebym kiedykolwiek w życiu taki sznurek widział) i pytam o cenę: enna vilai? a ten miły pan na to, z gestem odmawiającym przyjęcia czegokolwiek w zamian: „free”. Jak dla mnie i jak dotąd, takie rzeczy to tylko  w Kaanchipuram. Idę do świątyni Ekambareśvarar.

Dzień 9.

Teraz nie wiem czy to susz, czy Kaanchipuram, ale wczoraj nie dotarłem do żadnej świątyni. Wychodząc, poprosiłem jegomościa w recepcji, żeby mi napisał po tamilsku nazwę świątyni, bo nie bardzo wiedziałem jak poprawnie ją wymówić. Zazwyczaj moja podstawowa znajomość tamilskiego wywoływała ogólną radość miejscowych i tyle, ale tym razem skończyło się na konkretnej lekcji języka  (z naciskiem na wymowę). Po drodze do świątyni wpadłem do sklepiku w stylu drogerii po plaster (wcześniej już raz tam bylem po zapalniczkę  i po moim „unkalukku lighter ullaTaa?” zostałem bardzo miło przyjęty)  i to był kres mojej pieszej wędrówki, ponieważ kazano mi usiąść i rozmawiać. A potem wsadzono na motor i zawieziono na kolację do właścicieli sklepiku. Tam, zamiast świątyni zobaczyłem domową kapliczkę, zapoznałem się z grubsza z podręcznikiem języka tamilskiego dla klasy czwartej, należącego do młodszego z synów gospodarzy, poczytałem po  tamilsku to, co mi gospodarz podsunął tłumacząc mi na szczęście później to, co przeczytałem, a później zostałem zaproszony na kolację w towarzystwie gospodarzy  (małżeństwa prowadzącego sklepik, ich matek i młodszego syna). Położono przede mną na liściu  bananowca pyszności wszelakie, po czym patrzono jak je radośnie spożywam. W posiłku towarzyszył mi jedynie najmłodszy z towarzystwa. Przygotowano pełno różnego jedzenia, i z pewnością wszyscy by się tym najedli,   ale gospodyni powiedziała, że wszystko to jest dla mnie. Nie wiem na ile była to kurtuazja, ale jedzenie było tak pyszne, że z moim brakiem naturalnego zaworu w przewodzie pokarmowym, mógłbym ich niemiło, a może i miło zaskoczyć. Powstrzymałem się jednak. Zapytałem nieśmiało czy oni nie jedzą, nie jedli i nie wiem czy jedli później, czy wcale. Może dowiem się dziś, bo zostałem ponownie zaproszony z zaznaczeniem, że dziś jedzenie będzie inne i mam niczego nie jeść na mieście. A o 15 jestem umówiony z gospodarzem na zwiedzanie okolicy. Motorem przez Kanchi.

Dzień 11.

Drugi dzień po powrocie do Chennai.
Brak bardziej zażyłych znajomości do tej pory, to chyba jednak kwestia specyfiki miasta. Próbowałem pogadać w kilku miejscach, w knajpach, w sklepach, ale po wymianie paru zdań, zamiast krzesła, tak jak w Kanchipuram, pojawiało się takie poczucie, że: no dobra, to sobie chwile pogadaliśmy i starczy. Chyba że dalsza rozmowa mogłaby przynieść ewentualne korzyści rzecz jasna.
A dla kontrastu przedwczoraj w Kanchipuram podczas efektownej kolacji (tym razem jedliśmy wszyscy razem, choć nie wiem jakie znaczenie miało to, że bez udziału najbardziej chyba – takie odniosłem wrażenie – dbającej o poprawność matki Vijaya) moi nowi indyjscy przyjaciele powiedzieli, żebym w żadnym wypadku nie płacił za nocleg i jedzenie na mieście, tylko uderzał do nich, jak tylko wrócę z Chennai. Wcześniej Vijay obwiózł mnie po lokalnych świątyniach. Dobrze jest w pierwszym kontakcie z większymi hinduskimi świątyniami odwiedzać je z osobą obytą, chociażby po to, żeby przejść je pradakszina (w dobrowróżbnym kierunku czyli zgodnie z ruchem wskazówek zegara). Nie wiem czy sam bym o tym pomyślał.
Pojechaliśmy tez do świątyni, której uroczyste otwarcie odbędzie się za 5 dni (zostałem na nie zaproszony i zamierzam skorzystać). Obejrzałem hodowle świątynnych łabędzi i szczurów (kilka z nich zwąchało, że przyszedł ktoś nowy i zaspokajając swoja szczurzą ciekawość łaskotało mnie w stopy łapkami i nosami). Tych ostatnich było kilkadziesiąt i tworzyły szczurzą rodzinę, stworzoną przez jedną parkę, która była dopuszczana do siebie w taki ponoć sposób, aby potomstwo rodziło się zawsze w okresie pełni księżyca.
Miałem przyjemność poznać osobiście mentorkę i zarazem fundatorkę całego przedsięwzięcia. Energiczna pani po 50-tce ze zwichniętą kostką, pokrzykująca ze swojego łoża na wszystkich dookoła. Jej atrybutem była walizka, z której z niekrytym niezadowoleniem wyciągała pieniądze, wręczając je proszącym o nie na świątynne wydatki (a tych w ramach przygotowań do otwarcia było widać sporo, bo w ciągu pół godziny do „kasy” zawitały 4 osoby). Przy okazji tego spotkania okazało się, że po kilkunastu latach wciąż jestem w stanie odczytać dewanagari, czym zaskarbiłem sobie uznanie i sympatię Szefowej. Szefowa postanowiła też przetestować zdolności językowe córki swojego siostrzeńca. Poleciła wezwać dziewczynę, na oko piętnastoletnią, po czym kazała jej uklęknąć obok swego łoża i po angielsku grzecznie pytać mnie o różne rzeczy. Więc zestresowane dziewczę, klęcząc, ze ściśniętym gardłem, pytało o to, o co zapytać miało. Na pochwałę jednak nie zasłużyło, bo zdaje się, że zabrakło ‚proszę pana’. Wyraz twarzy i ton Szefowej wskazywały jakoby dziewczę zaliczyło w stopniu miernym. Szefowa trzyma tam wszystkich krótko.

9546534033

To wszystko co napisałem będąc tam.
Do Pulicat nie wróciłem. Dowiedziałem się za to, że podobno nie jest to bezpieczne miejsce i że dobrze, że nie zostałem tam na noc, a potrawa, którą wziąłem tam na wynos, to biryani najprawdopodobniej z koźliną.

Kiedy wróciłem z Chennai do Kanchipuram (do Chennai pojechałem tak naprawdę tylko ze względu na mecz krykieta) moi przyjaciele przekonali mnie, żebym zamieszkał u nich. Pokazali mi pokój z domową kapliczką i powiedzieli: spójrz, tu jest dużo miejsca, możesz spać tutaj. Ucieszyłem się, zniosłem wszystkie swoje rzeczy do tego pokoju, po czym zjadłem kolację i razem ze starszym synem gospodarzy poszliśmy do kina na wieczorny pokaz nowego filmu, na który zęby ostrzyłem sobie jeszcze przed wyjazdem do Indii. Zachwycony seansem (w tym miejscową publiką, która żywo reagując na wydarzenia na ekranie, stawała się częścią widowiska) wracam do domu przyjaciół – a było już po północy – wchodzę do wyznaczonego mi miejsca spoczynku, a tam cała podłoga zajęta posłaniami i śpiącymi na nich członkami rodziny. A więc o to chodziło Minakszi (tak miała na imię gospodyni), kiedy mówiła, żebym spał tutaj jeśli czuję się z nimi komfortowo. No ale przecież czułem się komfortowo, toteż moja konsternacja trwała dosłownie kilka sekund. Dostałem chyba najlepszą miejscówkę.